czasem piszę o: grach, filmach, popkulturze i o tym, co myślę. przerwa to moment, w którym można napisać/przeczytać cokolwiek, na co mamy ochotę i niech tak zostanie.
Pablo Escobar to wyjątkowa postać, taka, która odcisnęła swój ślad nie tylko na historii i polityce, ale również na mapie świata. Narkotykowej mapie świata; z Kolumbią jako dumną stolicą.
Nowa fala seriali Netflixa zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Przede wszystkim, możemy to postrzegać jako swojego rodzaju odrodzenie pewnego gatunku, ale co lepsze - możemy korzystać, a jest z czego.
Główny powód dla mnie to efekt współpracy Jose Padilhy i Wagnera Moury, czyli Narcos. Jestem zagorzałym fanem brazylijskiego reżysera po dwóch częściach Elitarnych, mimo to nie wiedziałem o Narcos prawie nic do momentu kiedy trafiło do moich rąk. "No nieźle" pomyślałem "Padilha chce wszystkim opowiedzieć, kto otworzył wrota na Zachód kokainie i kartelom". Po części to prawda, ale Narcos jest czymś znacznie więcej niż tanią opowieścią o kokainie na miarę "Blow" - to pełen serial z krwi i kości, z doskonale napisanym scenariuszem, dialogami i dobrze zagrany - czego chcieć więcej?
Pierwszy sezon pokazuje okres początków działalności i próby podjęcia kariery politycznej przez Pablo Escobara. Opowieść na początku jest prowadzona z dwóch perspektyw: Pablo oraz policjanta DEA, który zostaje wysłany do Kolumbii, aby sprawdzić dlaczego porządni amerykańscy obywatele wydają tyle ciężko zarobionych dolarów na biały proszek. A dokładniej; kto go sprzedaje i jak zakończyć emigrację martwych prezydentów do Ameryki Południowej.
W miarę jak opowieść się rozwija, pojawiają się kolejne wątki i postaci, jednak ostatecznie wszystko sprowadza się do trzech sił: społeczeństwo/przestępcy, politycy i Stany Zjednoczone za wszelką cenę próbujące ingerować w wewnętrzną politykę Kolumbii. W tym wszystkim widzimy życia naszych bohaterów i wszystkie z nich okazjonalnie zamieniają się w piekło. Oczywiście punktem centralnym całej historii jest Pablo Escobar, to on ma przyciągać widza i napędzać kolejne wydarzenia. Tu muszę zaznaczyć, że serial jest wyjątkowo wierny faktom z życia Escobara - za spójność i dokładność historii odpowiadał, jako główny konsultant policjant uczestniczący w ściganiu ojca chrzestnego kolumbijskich karteli.
Historia Pablo Escobara sama w sobie ma naturalne czynniki, które zazwyczaj decydują o tym, czy dana opowieść jest ciekawa czy nie - ma masę zwrotów, jest dynamiczna, brutalna i pokazuje często przykrą stronę ludzkiej duszy. Na wojnie narkotykowej nie ma ofiar czy poświęceń, są tylko ci, którzy zachowują władzę i pieniądze. Escobar był jednym z najszybciej zarabiających ludzi na świecie - u szczytu formy, jego kartel zarabiał 60 milionów dziennie, co przekłada się na luźne 2,5 miliona dolarów na godzinę. Jedynym, oficjalnym źródłem dochodu była dla niego mała firma taksówkarska. Nieoficjalnie, jego prawdziwym źródłem dochodu była kontrola na 80% rynku narkotykowego w Stanach Zjednoczonych.
Wagner Moura poradził sobie doskonale ze sportretowaniem Escobara; wypada przekonująco,poważnie, czasem niepokojąco, ale zawsze przykuwa uwagę, kiedy pojawia się na ekranie. Jako widzowie, jesteśmy świadkami nie tylko jego kariery jako przestępcy, ale też jako członka rodziny, przywódcy, społecznika i człowieka, którego głowę wypełniają sny zbyt ambitne dla zwykłego śmiertelnika. Reszta aktorów wypada również bardzo przyzwoicie; zastanawiam się czy nie jest to zasługą tego, że widzimy dużo postaci granych przez latynoamerykanów i dzięki temu możemy odpocząć od natłoku śmiesznie grających, zachodnich gwiazd, które przecież oglądamy w co drugim serialu.
Jeśli miałbym ocenić Narcos, powiedziałbym, że jest doskonałe. Nie zrobię tego; zamiast tego wolę powiedzieć, że dzięki nowemu serialowi Jose Padilhy przypomniałem sobie, dlaczego Sopranos i Breaking Bad były tak dobre; co więcej, w produkcji Netflixa znalazłem podobną jakość, jednak w zupełnie innym klimacie. Polecam więc, z czystym sumieniem, obejrzenie przynajmniej pierwszego odcinka - wtedy już będziecie wiedzieć czy to pozycja dla was.
Zapraszamy na nasz profil na Facebooku po codzienne aktualizacje: klik.
Przyznam się na samym początku tekstu: o ile nie jestem zagorzałym fanem twórczości Doyle’a, o tyle lubię postać genialnego detektywa, Sherlocka Holmesa, którą stworzył. Istnienie Holmesa od XIX wieku zdążyło odcisnąć swój ślad na niezliczonych dziełach należących do kultury popularnej: książkach, filmach, grach, komiksach, sztukach teatralnych czy nawet muzyce. Jak wypada na tle całości dziedzictwa Arthura C. Doyle’a stosunkowo nowy serial, autorstwa BBC, Sherlock?
Sherlocked
Sherlock to próba adaptacji oryginalnej historii detektywa z 221B Baker Street w realiach nowoczesnego Londynu. Sam pomysł, zgodnie z zamierzeniem, miał tchnąć odrobinę życia w koncept współpracy między Sherlockiem i Watsonem, a także być podstawą do eksperymentów ze strukturą i sposobem kręcenia nowoczesnego serialu. Każda seria Sherlocka zawiera tylko 3 odcinki trwające półtorej godziny, co na przestrzeni kilku lat dało efekt 9 nakręconym epizodom. Dlaczego, przy tak małej ilości odcinków, Sherlock osiągnął taki sukces?
Odpowiedź nie jest oczywista, choć najprawdopodobniej ogranicza się do mistrzowskiej realizacji trzech najważniejszych aspektów dobrego serialu: świetny writing i reżyseria, idealnie dobrany casting oraz nowatorski sposób prowadzenia akcji, który przekłada się na wyjątkowy charakter serialu. Wobec tych cech ilość odcinków działa tylko i wyłącznie na korzyść twórców, pokazując, że każdy odcinek to naprawdę przemyślana oraz dopracowana całość.
Na pierwszy plan w Sherlocku wysuwa się charakterystyczny sposób prowadzenia zarówno narracji, jak i akcji toczącej się na ekranie. BBC postawiło na nowoczesny, szybki montaż, w tym okazjonalne jump-cuty, odrobinę efektów specjalnych podkreślających detektywistyczną i natychmiastową specyfikę historii (bardzo estetyczne i mało nachalne szczegóły w stylu obrazowania tekstem myśli lub wiadomości, a także często na pozornie chaotyczne budowanie chronologii zdarzeń, posługując się retrospekcjami lub migawkami z nadchodzących wydarzeń. Taki sposób kręcenia idzie w parze z writingiem, który jest naprawdę dobry i spełnia swoje główne zadanie: ma zaintrygować widza nieszablonowymi postaciami oraz zbić z tropu, jeśli chodzi o główną intrygę lub zagadkę, którą rozwiązuje w każdym odcinku Sherlock. Poszczególne części serii stanowią zazwyczaj osobne historie, jednak kilka z nich opowiada również większą intrygę, ewidentnie zaplanowaną na kilka sezonów. Wszystkie te elementy doskonale pasują do settingu jakim jest nowoczesny Londyn: z jednej strony błyszczący i zaskakujący nowością, z drugiej stary, tajemniczy oraz deszczowy, w sposób przywodzący na myśl ikoniczne obrazy malowane słowem przez samego Doyle’a.
Reichenbach Casting do Sherlocka został przeprowadzony mistrzowsko; efekt to obsada, która już po pierwszym odcinku zapada w pamięć. Jedyny aktor, co do którego byłem odrobinę sceptyczny, to Martin Freeman pojawiający się ostatnio w coraz większej ilości seriali (między innymi w znakomitym pierwszym sezonie Fargo), jednak jego obecność jest wyjątkowo neutralnym i dobrze zrealizowanym elementem Sherlocka. Historia Watsona, którego gra Freeman, spina w naturalny sposób, podobnie jak u Doyle’a, opowieść o samym Sherlocku Holmesie, nadając jej perspektywy i umożliwiając zabawę z widzem/czytelnikiem w taki sposób, jakby to on wcielał się w rolę Watsona.
Benedict Cumberbatch grający samego Sherlocka jest bardzo dobrym wyborem do roli, jednak całą uwagę widzów, wbrew oczekiwaniom BBC, skupił nie główny protagonista, a antagonista serialu – Moriarty. To postać wyciągnięta żywcem z opowiadań Doyle’a, podobnie jak w nich, pojawiająca się jedynie kilka razy na bardzo krótkie okresy czasu, jednak intryga z nią związana, podobnie jak gra interpretującego ją Andrew Scotta, napędza całego Sherlocka. Andrew zagrał Moriarty’ego w sposób, który można tylko porównać do roli Jokera w wykonaniu Jacka Nicholsona lub Heatha Ledgera, ostatecznie nadając największemu wrogowi Sherlocka rys nieokiełznanego szaleństwa, zamiast chłodnego, kalkulacyjnego charakteru, z którego był znany na kartach powieści Doyle’a. Sęk w tym, że Moriarty pojawia się jedynie kilka razy, ale kiedy już jest na ekranie nie sposób uniknąć wrażenia, że jest głównym punktem programu.
Nową adaptację przygód słynnego lokatora 221B Baker Street, mogę polecić każdemu, kto lubi dobre seriale/filmy kryminalne lub detektywistyczne. Ze względu na format trudno ocenić, czy Sherlock lepiej wypada jako film, czy serial – możecie go traktować jak chcecie, najważniejsze, że jest przemyślany i zupełnie inny od większości dzisiejszych produkcji. Po Peaky Blinders i brytyjskim The Office to jedna z najlepszych produkcji BBC. Niestety (a może właśnie „stety”), jest kręcona w długich odstępach czasu, tak więc nie polecam binge-watchingu, bo przygoda z Sherlockiem skończy się po dwóch dniach.
Ostatni akapit muszę poświęcić dla powodu, z jakiego powstał ten tekst – zapowiedzi najnowszego specjalnego odcinka Sherlocka, który ma zostać opublikowany w święta. Tym razem, BBC powróciło do korzeni osadzając akcję pojedynczego epizodu w oryginalnych czasach powieści Doyle’a i pokazując kanoniczny obraz legendarnego detektywa. Wiemy, że wróci również prawie kompletna obsada „współczesnego” Sherlocka, niestety, nie mamy pewności czy pojawi się Moriarty. Staying Alive… So boring, isn’t it?
Zapraszamy na nasz profil na Facebooku po codzienne aktualizacje: klik.
We made a
mistake – recenzja drugiego sezonu True Detective
Druga seria najnowszej
superprodukcji HBO jest przedstawicielem nowego, ośmioodcinkowego formatu
seriali. Dzięki temu twórcy mogą dostarczyć użytkownikowi bardziej filmowe
doświadczenie i skupić się na dopracowaniu historii oraz dialogów. Czy HBO ponownie
wykorzystało zalety krótszego formatu, czy okazał się on kulą u nogi?
Chciałbym uniknąć tendencyjności
pisania o pierwszej serii True Detective, którą uważam za jeden z najlepszych
seriali ostatnich lat. Historia związana z debiutem TD jest bardzo prosta:
Nic Pizzolatto, który jest pomysłodawcą i głównym writerem serialu poszukiwał długo
stacji gotowej do wyprodukowania scenariusza, napisanego przez niego w trakcie
prac nad serią AMC pod tytułem The Killing. Miał to być krótki ośmioodcinkowy
serial neo-noir o prawdziwej pracy detektywistycznej i tym, że detektywem się
trzeba urodzić – na dodatek jest to zajęcie niewdzięczne, które niszczy życia i
każe dokopywać się do najgorszych pokładów brudu jakie świat do zaoferowania.
Po długich rozmowach HBO postanowiło zrealizować scenariusz Nica obsadzając w
głównych rolach Matthew McConaughey i Woody’ego Harrelsona. Serial osiągnął
umiarkowany sukces, konkurując z kilkoma innymi potężnymi debiutantami (między
innymi genialne Fargo), jednak bardzo krótko po jego zakończeniu stacja podjęła
decyzję o produkcji drugiej serii, w tym samym formacie. Jak prezentuje się
nowy True Detective w porównaniu z pierwszą serią? Poszczególne sezony TD są od
siebie tak różne, że trudno tu szukać porównań na jakichkolwiek poziomach
oprócz technicznego aspektu materiału filmowego, czyli montażu i kręcenia, a
także możemy też spróbować analizować jakość dialogów oraz poziom merytoryczny
otoczki policyjno-detektywistycznej (przypomnę, że w pierwszej serii autorzy
stawiali wręcz na hiperrealizm miejscami). Druga seria przedstawia nam od
samego początku dwa światy: policyjny oraz przestępczy, żyjące obok siebie na zindustrializowanych przedmieściach
Los Angeles, w aglomeracji o nazwie Vinci. Każdy ze światów ma swojego
przedstawiciela (albo przedstawicieli) i tak poznajemy Franka Semyona,
podstarzałego byłego gangstera, który stara się tylko przejść na emeryturę oraz
Ray’a Velcoro, zmęczonego i niestabilnego policjanta siedzącego w kieszeni
lokalnego półświatka oraz skorumpowanych władz. Pierwszą z postaci gra Vince
Vaughn, starając się stworzyć kreację zdystansowanego, bezczelnego gościa
idącego po swoje, jednak wypada w niej sztywno i nieprzekonująco. Ray Velcoro
z kolei jest grany przez Colina Farrela, który o dziwo bardzo pozytywnie mnie
zaskoczył, adaptując nieco charyzmę postaci Rusta z pierwszego sezonu, jednak
dodając na tyle swojego charakteru, że ostatecznie Ray jest jedną z
najciekawszych postaci na ekranie. Do tego dochodzi dwójka policjantów współpracujących
z Ray’em: Ani Bezzerides grana przez Rachel McAdams oraz Paul Woodrugh grany
przez Taylora Kitscha. Żadna z tych ról nie zapada w pamięć, jednak sama postać
Ani Bezzerides wypada wyjątkowo szaro i nieprzekonująco; mam wrażenie, że
zadziałały w tym przypadku stereotypy ról pisanych dla twardych
kobiet-policjantek, które zagrały na niekorzyść postaci.
Wątek główny (staram się
pamiętać, że recenzja ma być spoiler free) to zdecydowania inna opowieść, niż w
pierwszym sezonie. Tym razem mamy typową historię policjantów i złodziei,
których światy przenikają się tak bardzo, że sami już nie wiedzą kto jest kim,
a zdrada, morderstwa i spiski są na porządku dziennym. Jeszcze do tego dochodzi
bardzo jaskrawe przestawienie mrocznej strony miasta pod postacią zobrazowania
kultury narkotykowej i pokazania jak wygląda komercyjny seks w wyższych
kręgach. Wszystko to jest zaprezentowane w typowy szokujący, realistyczny styl
HBO, jednak tak jak do tej pory w serialach stacji można było oczekiwać
konsekwencji fabularnej na równi z kontrowersyjnymi wątkami, tak tu się
wszystko sypie. Kiedy oglądamy zepsucie niszczące tereny industrialne w postaci
korupcji, wszechobecnego terroru czy handlu ludźmi oczekujemy równej powagi na
poziomie intelektualnym scenariusza, ale tu wychodzi przykry fakt na temat
nowoczesnej ramówki HBO: chcą mieć tyle samo szokujących scen co twistów
fabularnych i scen akcji, ale nie w stanie tego ze sobą pogodzić. Podzielenie
otoczenia na policjantów i bandytów brzmi świetnie jako koncept, lecz kiedy
musimy oglądać Vince Vaughna próbującego być groźnym po raz dwudziesty i na dodatek
konkurującego ze wszystkimi stereotypowymi gangami ameryki (główny zły?
Rosjanin, komunista i do tego żyd – ręce opadają), zdajemy sobie sprawę, że coś
poszło źle w fazie koncepcyjnej serialu.
Tego stanu rzeczy nie poprawiają
dialogi, będące absolutną podstawą formatu ośmioodcinkowego, które w nowym
sezonie True Detective’a praktycznie nie istnieją. Tak jak znakiem
rozpoznawczym pierwszej serii były długie rozmowy głównych bohaterów w
samochodzie, które miały pokazać ich charakter i podkreślić kontrast między
nimi, tak tu odnajdujemy pustkę. Często widzimy nowych bohaterów w sytuacjach w
których powinni rozmawiać, ale dialog jest tak sztywny i oszczędny, że trudno
cokolwiek z niego wywnioskować. Gwoździem do trumny gry aktorskiej obsady
nowego True Detective’a są sceny w których Frank rozmawia ze swoją kobietą;
powtarzające się ckliwo-błyskotliwe one-linery to prawdziwy szok wobec
standardów HBO, na dodatek partnerka Vince’a Vaughna nie potrafi praktycznie
grać (lub nadużywa botoksu) serwując zestaw trzech lub czterech min na krzyż. Cześć
serialu w której występuje w roli głównej Ray jest znacznie bardziej swobodna i
klimatyczna, głównie dzięki Colinowi, o dziwo, po raz pierwszy od dawna
grającemu bez wysiłku gościa, który już dawno temu osiągnął dno i teraz kopie
dużo głębiej. Jego przepity głos i tania desperacja idealnie pasują do kanonu
serii.
Chciałem też zwrócić uwagę na
sceny akcji i zwroty związane z momentami przełomowymi serialu. Otóż (jeśli
ktoś nie zauważył) jest to blog związany z grami, jednak nie wszędzie obecność
lub inspiracja grami jest na miejscu. Co chcę przez to powiedzieć? Twórcy nowej
serii True Detective za dużo grali w GTA V. Naprawdę, momentami całe ujęcia i
scenografie są wyjęte żywcem z gry. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo
przecież GTA V ma naśladować LA wraz z jego przedmieściami, a akcja TD właśnie tam
się toczy, jednak wyjmowanie miejscami całych scen łącznie z charakteryzacją i
wyposażenie postaci to delikatne przeciąganie struny. Oprócz tego HBO widocznie
ma ambicję na zostanie Rockstarem (choć jeszcze niedawno mogłoby się zdawać, że
sytuacja powinna być odwrotna) wśród stacji telewizyjnych, bo na potrzeby
jednego z odcinków inscenizuje sekwencje strzelaniny na ulic w której, niczym
podczas sesji w GTA V, giną dziesiątki cywili. Szok, niedowierzanie, „epicka
strzelanina”; tego chciałaś HBO?
Gdyby jednak udało się autorom
uzasadnić te wszystkie zabiegi fabularnie, to myślę, że dałbym radę przymknąć
oko na tanie efekciarstwo, brak konsekwencji i zwyczajną nudę. Nie
spodziewajcie się tego; intryga przedstawiona w drugim sezonie jest szyta
bardzo grubymi nićmi (podobnie jak ojcostwo Raya – rudy dzieciak, naprawdę?). W
całym tym gąszczu negatywnych aspektów jest jednak kilka zalet. Serial jest
niesamowicie ładnie nakręcony i wyjątkowo dobrze zmontowany. Jest to swego
rodzaju ratunek dla fabuły, bo montaż jest aż tak dobry, że dzięki niemu często
dowiemy się więcej niż z oszczędnych dialogów. Ujęcia panoramiczne i praca
kamery są doskonałe, tu złote standardy HBO brylują jak zawsze. Udźwiękowienie
i muzyka wypadają bardzo dobrze, jednak intro samo w sobie moim zdaniem
(kwestia gustu?) jest odrobinę słabsze niż w pierwszej serii.
Wypada też
zwrócić uwagę na największą scenę orgii w historii seriali zrealizowaną na potrzeby drugiego sezonu TD: jest z pewnością odrobinę szokująca, jednak nie da
się mimo tego zarzucić, że twórcy przekroczyli granicę między pornografią, a
serialem (i o to im chodziło). W nowym sezonie True Detective występuje także
wątek gejowski, którego uzasadnienie fabularne jest mniej więcej tak słabo
przekonujące jak większości pozostałych wątków. Podsumowując temat
kontrowersyjności serialu: tylko HBO może być jak HBO, tak bardzo HBO, że nikt się
nie zbliży do podobnego poziomu kontrowersji unikając jednak konfrontacji z
tematem w najtrudniejsze sposoby (dialogi!). Próżno w nowym sezonie TD szukać
geniuszu legendarnych produkcji HBO jak Sopranos czy The Wire, serial nie jest
też konkurentem dla pierwszego sezonu, ani dla prawie równolegle startującego
Fargo, niestety. Jednak jako show sam w sobie to niezła propozycja, wybijająca
się poziomem realizacji spośród tegorocznej ramówki. Tylko nie spodziewajcie
się dobrych dialogów i gęstej atmosfery, ale za to będą strzelaniny i ujęcia
kręcone z dronów. Oczywiście na koniec pozostaje kwestia tego, kto jest
w tym sezonie prawdziwym detektywem? …