Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwa w grze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwa w grze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

O tym, że jesteśmy tylko świadkami konwersacji.

O tym, że jesteśmy tylko świadkami konwersacji.


Od wieków fenomen wszystkich środków przekazu opierał się na zasadach wybranych, którzy tymi środkami operowali. Od pierwszych posłańców, dodających od siebie puentę do wiadomości, przez średniowiecznych iluminatorów, dorzucających swoje trzy grosze do grafik, przez niezliczonych redaktorów, dziennikarzy i ich przełożonych, z których każdy ma coś jeszcze do powiedzenia (lub pomilczenia) na dany temat. W ten sposób wiadomość, przekaz, czy, jak wolicie, kontent zmieniał się zależnie od serwującego. A nie było tego dużo – dopiero w XXI wieku ludzkość wzięła sprawy w swoje ręce i zrobiła rewolucję dziennikarską, tak żeby każdy mógł napisać co mu się tylko żywnie podoba oraz opublikować to gdziekolwiek.

Wracając jeszcze na chwilę do przeszłości; kiedyś, jeśli źródeł było mało, było też mało informacji. Dlatego ludzie opierali się na wzajemnej konwersacji do tego, wymienianiu opinii i komentowaniu. Czyli, niewiele się zmieniło? Nie, zmieniło się wszystko, bo teraz jeśli mamy ochotę możemy przeczytać albo usłyszeć komentarz gościa z drugiego końca świata, na temat, o którym nie miałeś pojęcia, że ktoś oprócz ciebie rozmawia. To wspaniała możliwość, ale sprawia, że: a) żyjemy w ciągłej burzy informacyjnej, gdzie umiejętność filtrowania informacji stała się bardziej istotna niż ich rozumienie, b) bardzo łatwo pisać o niczym i wszystkim naraz.

O czym jest ten tekst? Kiedy zaczynałem go pisać, zacząłem od myśli: jeśli kontent to tak naprawdę tylko rozmowa, to jeśli nie tworzymy, ale słuchamy jesteśmy tylko świadkiem. Ale nie sposób tworzyć cały czas i komentować, bo gubi się w tym wszystkim sens. I na tym, że gubi się sens też ktoś może skorzystać. Kiedy czytam wyniki badań nt. tego jaka zawartość strony ma największe powodzenie i dochodzę do miejsca, w którym badający jest zaskoczony tym, że najbardziej popularne są najdłuższe artykuły (znowu) – im dłuższe, tym więcej powodują interakcji. Szok; ktoś chciałby usiąść i poczytać sobie chwilę, a nie tylko pierdolnąć na szybko nagłówki z całego portalu. Jest taka zasada w pisaniu o grach, która mówi, że oceniaczka to twój wróg, najgorszy. To z nim musisz walczyć o czytelnika i w ostateczności, on zawsze wygra. Dlaczego? Ponieważ wiadome jest, że jeśli wystawiłeś mniej niż 8- to nie warto tego czytać; gra jest skończonym crapem, a gość co do dostał do recenzji pewnie był gnębiony w szkole. Oczywiście - nie każdy czytelnik tak pomyśli, ale zaręczam, jest wystarczająco wielu, żeby z ich powodu zrezygnować z oceniaczki. To nie ona się liczy, liczą się odczucia piszącego, próba przekazania jakiegoś doświadczenia czytelnikowi. Wiecie, tak jakby usiąść i coś opowiedzieć; tak żeby ktoś był zainteresowany.

Bo jesteś, prawda? Oto chodziło. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę rodzaj zawartości teoretycznie nieprzyjaznej do szybkiej wymiany komentarzy i nagłówków, okazuje się, że ktoś chce to czytać. Za każdym razem kiedy cokolwiek piszę, zastanawiam się jak by to brzmiało, jakbym po prostu siedział i starał się coś opowiedzieć. Historia, przekaz, zawartość, cokolwiek – to tylko początek rozmowy. Jednak jak otrzymać odpowiedź w takim gąszczu informacji? Bardzo prosto, wystarczy poczekać, zobaczyć czy komuś się spodoba to, co mieliśmy do powiedzenia. Gorzej, jak nie mamy zupełnie nic, a chcielibyśmy pisać. To właśnie jest tematem poniższego, niewidzialnego akapitu, na wypadek jakbyście się nad tym zastanawiali.

























Zapraszamy na nasz profil na Facebooku po codzienne aktualizacje: klik.  

piątek, 13 listopada 2015

A very long games week - PGA i WGW 2015


A więc: to jest miejsce na moją trzecią relację z dwóch tygodni, na jakie złożył się wyjazd na PGA oraz Warsaw Games Week. Jako, że to moja własna przestrzeń, a sama forma luźnych przemyśleń pozwala mi na więcej, postaram się opisać powyższe wydarzenia w formie swobodnej relacji. Bez obaw, nie będę pisał o wszystkim, ale postaram się jak najwięcej streścić z obu imprez. Większość zdjęć z artykułu już pewnie widzieliście, ale to dobre miejsce, żeby je zebrać. Zapraszam do czytania. 

Aby dojechać na start PGA około 10, nasza podróż zaczęła się o godzinie 5.00 na warszawskim Grochowie. Ponieważ już na starcie źle oceniliśmy nasze możliwości dotarcia na dworzec komunikacją miejską, wyprawa rozpoczęła się nieco nerwowo. Do tego, nasz redakcyjny kolega postanowił się pojawić dokładnie o godzinie odjazdu autobusu, a odrobinę wcześniej wysłać nam złe bilety, co jeszcze dołożyło emocji na samym początku wycieczki (mina kierowcy zamykającego drzwi do busa, któremu tłumaczysz, że kolega na pewno przyjdzie – bezcenna). Kiedy dotarliśmy do Poznania, byliśmy już nieco spokojniejsi po przebytej drzemce, a przed nami rysowała się perspektywa uczestnictwa w trzech dniach największego w Polsce święta graczy. 

Wejście na targi i odbiór akredytacji przebiegł bezboleśnie – po kilkunastu minutach wkroczyliśmy na pierwszą halę PGA. Atmosfera pierwszego dnia była nieco luźniejsza, z racji tego, że był on przeznaczony dla mediów, wystawców i uczestników, którzy zdecydowali się dopłacić za tę przyjemność. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do stanowiska Nintendo, ponieważ drugiego dnia targów mieliśmy prowadzić warsztaty na scenie i chcieliśmy się przywitać z przedstawicielami polskiego dystrybutora firmy. Atmosfera była bardzo miła; widać było też, że Nintendo wyraźnie stawia na swoje najmocniejsze tytuły multiplayerowe, oraz zachęca do turniejów organizowanych na na ich scenie. Oprócz tego dało się zauważyć wszechobecnego Mario Makera i dużo customowych poziomów, z którymi gracze walczyli również na scenie.


Potem ruszyliśmy dalej, aby zobaczyć co jeszcze mają do zaoferowania poznańskie targi. Po kilkudziesięciu minutach zwiedziliśmy już większość hal, choć przy paru stanowiskach spędziliśmy trochę więcej czasu. Głównie uwagę przykuwała rozbudowana strefa Xbox, gdzie mogliśmy pograć w Rise of the Tomb Raider oraz kilka najnowszych tytułów na Xbox One. Dobre wrażenie na mnie zrobiła też scena przygotowana przez CDProjekt, na której oczywiście był promowany najnowszy dodatek do Wiedźmina 3, ale też trwały turnieje papierowego gwinta, można było też spotkać twórców gry. Bardzo silnie na PGA zaznaczyli obecność producenci i specjaliści od sfery PC – byliśmy na konferencji Alienware, gdzie miał miejsce pokaz ich Steam Machine oraz kilku nowych laptopów przeznaczonych do grania (z możliwością rozszerzania o zewnętrzne karty graficzne, co pozwoliło uruchomić na komputerze przenośnym m.in. Wiedźmina 3 w 4K). Poznań Game Arena miało charakter przede wszystkim społecznościowy. Może do tego przyczyniła się konferencja GIC, na którą tłumnie przyjechali przedstawiciele branży, a może wyjątkowy GameJam w poznańskim teatrze, mający miejsce tuż przed targami i oferujący możliwość wyróżnienia się przedstawicielom młodego, polskiego devu (zawodnicy reprezentujący warszawski Polygon byli oczywiście obecni). Prawdopodobne jest także, że po prostu na PGA przyjechało więcej ludzi z pasją: graczy, cosplayerów, dziennikarzy, którzy pomimo tego, że na poznańskich targach nie było dużo nowości, postanowili sami dobrze się bawić i uczcić największe polskie spotkanie graczy. Utwierdziła mnie w tym przyjemna atmosfera; widać było zainteresowanie zwiedzających, nawet jeśli to właśnie społeczność sama w sobie była główną atrakcją. 
 
Po pierwszym dniu targów, postanowiliśmy przejść się ulicami Poznania; zjeść coś i spędzić miło czas. To wyjątkowo ładne miasto, odrobinę spokojniejsze od stolicy – można odnieść wrażenie, że życie toczy się tu nieco wolniejszym tempem, nawet w trakcie targów. W komunikacji jest mniejszy tłok, podobnie, zresztą jak na ulicach; a przede wszystkim nie widać wściekle pędzących ludzi dzień i noc. Udało nam się przejść po centrum miasta i obejrzeć trochę rzeźb, pójść na spacer na poznańską Cytadelę. Pomimo, że wyruszyliśmy późno w piątek wieczorem, było dość ciepło, a na miasto opadła gęsta mgła, która nadała jeszcze więcej uroku brukowanym uliczkom przy starówce i alejkom w parkach. Jeśli zastanawiacie się nad spędzeniem kilku dni w Poznaniu – polecam, to naprawdę ładne miasto, spokojne i idealne na długie, wieczorne spacery.

Drugi dzień targów to w zasadzie jeden szybki oddech; od porannego biegu do tramwaju i pośpiesznej jazdy na MTP, aby zdążyć na wykład, który mieliśmy o jedenastej, przez ostatnie poprawki w prezentacji do wykładu na pięć minut przez startem prelekcji, pośpieszne zwiedzanie reszty targów i oglądanie konkursu cosplayu, a także rozgrywek w World of Tanks na największej scenie PGA. Po otwarciu dla wszystkich zwiedzających teren Międzynarodowych Targów Poznańskich zapełnił się jeszcze bardziej, a tłumy chętnych do zobaczenia wszystkiego graczy sprawiły, że poruszanie się między halami stało się nieco trudniejsze. Wieczór tego dnia upłynął na pisaniu i porządkowaniu materiałów, które zebraliśmy podczas tworzenia relacji; na szczęście udało nam się zmusić hotelowe wi-fi do działania, w sam raz, aby cokolwiek opublikować. 

Ostatni dzień PGA to już tylko robienie ostatnich zdjęć, odwiedziny w kilku miejscach, o które wcześniej nie udało nam się zahaczyć i moja próba dorwania do zdjęć jak największej ilości cosplayerów z Borderlands. Tego dnia więcej czasu poświęciliśmy na wycieczkę do Muzeum Narodowego w Poznaniu i ostatnie spacery po mieście. Muzeum okazało się przyjemnym zaskoczeniem, eskpozycje były moim zdaniem dużo ciekawsze niż to, co mają do zaoferowania warszawskie muzea. Jest po prostu ciekawiej i ładniej, a sam podział oraz rozmieszczenie poszczególnych artystów sprawia, że zwiedzający doświadcza w naprawdę estetyczny sposób wycieczki przez (głównie polską) galerię obrazów. Miłym akcentem była możliwość zobaczenia obrazu Moneta „Na plaży w Pourville”, który jest jednym z najważniejszych dzieł obecnych w poznańskim Muzeum Narodowym. Po wizycie w muzeum wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer i obiad, po czym skierowaliśmy nasze kroki na dworzec, bowiem zbliżał się czas powrotu do Warszawy. 

W Warszawie czekało na mnie zaledwie parę dni, które zostały do Warsaw Games Week. W tym czasie musiałem dopiąć resztę spraw organizacyjnych związanych z warsztatami i przekazać w kilku formach relację z pobytu w Poznaniu. Nawet się nie obejrzałem, kiedy nadszedł dzień nowej, warszawskiej imprezy związanej z grami. Nie miałem za dobrych przeczuć – kiedyś w hali Expo na warszawskiej Woli były już organizowane targi Playstation Experience/Expo, których przebieg i koniec był fatalny. Ale, w końcu to rok, w którym wyszedł trzeci Wiedźmin, a w Polsce wszyscy rzucili się do tematyki growej i okołogrowej, może będzie znacznie lepiej prawda?

Nie jest tajemnicą, że Sony olało Poznań, aby się lepiej przygotować do Warsaw Games Week, co jest co najmniej dziwne, bo na PGA było znacznie więcej ludzi i przedstawicieli społeczności graczy. Kiedy dotarłem na Warsaw Games Week, zrozumiałem dlaczego. Sony miało tu do dyspozycji prawie całą jedną halę, która stanowiła połowę całej przestrzeni targowej. Druga hala została oddana wszystkim innym, którzy musieli się jakoś zadowolić. No cóż, tak bywa, trzeba sobie radzić. Prelekcja dla Nintendo odbywała się pierwszego dnia około 17. Przygotowania zaczęliśmy już o godzinie 16. 

Po występie na Nintendo Stage ruszyłem, aby obejrzeć resztę WGW. Niestety, jedyne wrażenie jakie odniosłem to przykre zaskoczenie – Warsaw Games Week przypominał bardziej wydarzenie reklamowe, którym obecność i programy marketingowe wzięły górę nad społecznością. Na Poznań Game Arena mieliśmy możliwość zwiedzenia 1 hali, która była poświęcona tylko i wyłącznie twórcom indie - to fenomen w skali kraju i świata, ponieważ nigdzie indziej twórcom niezależnym nie jest dawane tak duże pole do popisu, które zresztą zostało przez nich doskonale wykorzystane. Na Warsaw Games Week mieliśmy do czynienia z natarciem marketingowym ze strony Sony i Ubisoftu, próbę konkurencji ze strony Microsoftu, a na wszystko inne zabrakło miejsca. Na przykład na co? Choćby wspomnianą scenę niezależną, z czego można wnioskować, że Indie powoli zaczyna być kłopotliwe dla gigantów, ale także na zwykłego gracza, który chce przyjść porozmawiać o grach, poznać innych graczy – poczuć się częścią społeczności; na WGW można było jedynie poczuć się częścią tłumu czekającego pod sceną Sony na gifty. To trochę smutne, zwłaszcza, że od dawna marzy mi się w moim rodzimym mieście miejsce/impreza, która wreszcie pokaże stołecznym graczom, że i oni mogą wspólnie zaistnieć na eventowej mapie Polski. Niestety to się Warsaw Games Week nie udało – pomiędzy problemami organizacyjnymi, fatalną obsługą i chamskim marketingiem ogromnych firm, które w panice chcą ukryć, że zaczęły zjadać własny ogon. 


Tak zakończył się październik, dość istotny miesiąc na mojej mapie tego roku. Miałem napisać bardziej osobiście, tak bliżej do notek, ale nie wiem czy mi to wyszło. To ostatnie momenty przyjemnej polskiej jesieni, która czasem zamiast oblać Cię zimnym deszczem i przewiać przejmującym wiatrem, potrafi otulić przytulną mgłą i zabrać na spacer w zaskakująco ciepły wieczór. Wizyta w Poznaniu to prawdopodobnie najmilszy okres tego roku. Prawdę mówiąc listopad to główny powód takiej daty publikacji tego tekstu, ale czasem każdy potrzebuje zaszyć się pod kołdrą z padem (Bloodborne so much) i ciepłą herbatą; nie pisać, nie myśleć – tylko przeczekiwać tę gorszą jesień, która przychodzi po tej przyjemnej i, nie oszukujmy się, nie ma żadnych hamulców, aby nas zmoczyć deszczem, przewiać i sprawić, że nawet kilkuminutowe oczekiwanie na przystanku zamieni się w wieczność. To prawdopodobnie najdłuższy tekst, z racji tego, że powstawał kilka tygodni, więc możecie go czytać równie długo. Albo wcale. 













Zapraszamy na nasz profil na Facebooku po codzienne aktualizacje: klik.   

poniedziałek, 14 września 2015

O codziennikarstwie, pisaniu do szuflady

O codziennikarstwie, pisaniu do szuflady




Pisanie codzienne to, prawdopodobnie, jedno z najlepszych ćwiczeń intelektualnych, jakie możemy dla siebie wybrać. Nawet, a zwłaszcza w przypadkach, jeśli nigdy wcześniej nie pisaliśmy. Moim zdaniem, dlatego, że każdy ma do napisania coś ciekawego o rzeczach, którymi się interesuje, lub o których myśli. Umiejętność pisania nie jest do tego potrzebna; co udowadniają tysiące publikacji w sieci i to, często, na poważniejszych stronach niż blogi osobiste. Z tego powodu, nie powinniśmy się przejmować poziomem naszych umiejętności pisarskich, ale, co ważne, starać się zawsze poprawiać poziom tego, co piszemy. 

Wtedy, po napisaniu kilku lub kilkudziesięciu tekstów nasz warsztat zmieni się i sami możemy być zaskoczeni, jak dobrze wychodzi nam wyrażanie się w ten sposób. Najważniejsze jest to, abyśmy nie pisali tylko po to, aby pisać - starajmy się przekazać jakąś myśl albo coś opowiedzieć. Na przykład podejmijmy temat, o którym myślimy już od jakiegoś czasu i sprawdźmy jak będzie wyglądał w formie felietonu, w którym próbujemy nawiązać dyskusje z samym sobą lub postarajmy się opisać sytuację, która zapadła nam w pamięć.


Nawet, gdy nie nic nie przychodzi nam do głowy lub nie potrafimy się przekonać, że jesteśmy w stanie napisać tekst w jakiejkolwiek formie, spróbujmy sobie to udowodnić. Ja, na przykład, mam ogromny problem z listami - nigdy w życiu ich nie pisałem, a jeśli już to ograniczałem się do formalnych form, kiedy tylko musiałem napisać maila, zazwyczaj w sprawach urzędowych albo studenckich. Nigdy nie zastanowiłem się, co oprócz tego jest w stanie wyrazić list i jak wiele tracę, nie używając w ogóle tej formy, nawet elektronicznie – to bardzo przykre, ponieważ w listach rozmawiają ze sobą dwie osoby, zazwyczaj w zupełnie inny sposób niż ma to miejsce na żywo: dla wyrażenia swoich myśli lub uczuć, mogą dowolnie stylizować tekst czy zadbać o jego jakość i jasność. Dzięki temu, pisząc list możemy często uzmysłowić sobie naprawdę co chcieliśmy przekazać danej osobie, przez proces klaryfikacji, który nie miałby miejsca w rozmowie na żywo. Do dziś nie odpisałem na żaden list, który w życiu dostałem, a żałuję, bo po prostu nie wierzyłem, że umiem to zrobić. Bałem się wtedy pisać, nie wierzyłem, że mam cokolwiek do przekazania lub opowiedzenia, a w dzisiejszych czasach ciężko już o list, na który można odpowiedzieć.

Jeśli więc chcemy pisać, nic nie powinno nas zatrzymywać. Przy tworzeniu dla siebie i ćwiczeniu własnego warsztatu nie musimy się martwić się o czytelników. Chciałem zwrócić tu uwagę na popularny problem tzw. "pisania do szuflady". Nie powiem wam, że jeśli nie chcecie pokazywać swoich tekstów, to powinniście na siłę je publikować - nie; jeśli chcecie zostawić swoją twórczość dla siebie, tak też uczyńcie. Ale jeśli chcecie wyrazić się pisząc w jakiś sposób – publikujcie chociażby anonimowo, ponieważ w niektórych wypadkach, tekst jest jedynie początkiem rozmowy o jakimś problemie, a reakcja i konstruktywna dyskusja mogą pomóc rozwinąć temat, który chcieliśmy poruszyć.



W tym celu mamy do dyspozycji Internet: natychmiastowość wydawnicza na miarę każdego jest w naszym zasięgu ręki. Wcześniej napisałem felieton na przerwie o dowartościowywaniu się za pomocą pisania w sieci; ostatecznym przesłaniem tego tekstu miała być oczywista prawda, że każdy to robi i moglibyśmy się przestać za to stygmatyzować nawzajem oraz walczyć ze sobą, a spróbować jaśniej i poprawniej wyrażać o co nam chodzi. W takim wypadku kilka (kilkadziesiąt, kilkaset etc.) osób, które boją się cokolwiek stworzyć, ze względu na dziesiątki komentujących, gotowych wytknąć każdy błąd, mogłyby spróbować wyrazić się za pomocą tekstu pisanego.

Dziś, zachęcam was do tego żebyście coś napisali - do własnego codziennikarstwa. Każdy, prędzej czy później, ma chwilę wolnego czasu, którą chce zabić, a także sprawy, które chce przemyśleć. W takim wypadku poświęćcie tę chwilę i napiszcie o tym co was frapuje. Może to będzie tekst tylko dla waszych oczu, ale, nawet jeśli, to zdziwicie się jak bardzo taka forma wylania myśli czasem pomaga - taka własna, mała terapia, tylko za darmo i całkowicie we własnym zakresie.



codziennikarstwo – termin zmyślony przez autora artykułu, mający wyrazić grafomańską potrzebę pisania codziennie, na pozornie byle jaki temat, tak, jak czynią to setki polskich dziennikarzy nieustannie zalewających sieć swoimi publikacjami, z wiarą w swoje umiejętności równie niezachwianą, jak poczucie służby prawdzie oraz „żetelności” dziennikarskiej. A - rzetelności, przepraszam najmocniej.

Zdjęcia: Lśnienie, reż. Stanley Kubrick






Zapraszamy na nasz profil na Facebooku po codzienne aktualizacje: klik.   


piątek, 14 sierpnia 2015

Przerwawgrze: o wypoczynku, o spokojnym śnie



Przerwawgrze: o wypoczynku, o spokojnym śnie


Każdy z nas potrzebuje czasem wypoczynku. Często nie zdajemy sobie sprawy z najcenniejszych rzeczy w życiu, a jedną z nich jest spokojny sen. Rzadko który z nas może powiedzieć, że codziennie spokojnie zasypia, aby następnego dnia obudzić się wypoczętym. Zbyt często, pomimo wolnego czasu, trapią nas kłopoty i problemy związane z naszym życiem, nie dające nam odpocząć. Trudno w takim wypadku dostrzec, co jest najważniejsze w życiu, a prosty spokój wydaje się wartością abstrakcyjną. W tym wszystkim gubimy zdolność do zregenerowania naszych sił, niosąc coraz więcej zmęczenia przez kolejne dni. 

Nie warto odbierać sobie spokoju. Jest to bardzo prosta sentencja do napisania, ale wierzcie mi doskonale wiem, jaki trud trzeba sobie nieraz zadać, aby dostrzec w niej wartość. Taka jest natura dorosłego życia – mamy na naszej drodze wiele przeszkód. Jednak jeśli damy się pokonać i odebrać sobie zdolność do beztroskiego wypoczynku, będzie tylko gorzej. Najlepsze, że ta zdolność tkwi w nas i zawsze jest na wyciągnięcie ręki, tylko czasami wydaje nam się to bardzo trudne. Musimy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że mamy podstawowe prawo do tego, aby odpoczywać. Złapanie oddechu i krótki odpoczynek to często jedyna rzecz, która pozwala nam pokonać odpowiednio długi dystans. W momencie, kiedy zabieramy ze sobą wszędzie nasze problemy, sami odbieramy sobie prawo do wypoczynku. Każdy z nas potrzebuje przestrzeni, w której ma spokój.

Muszę podkreślić, że nie piszę tu o ucieczce od naszych problemów, tylko krótkim momencie, gdy możemy z odpowiedniego dystansu spojrzeć na pewne sprawy. Jeśli masz pracę, nie dającą ci spokoju i przysparzającą zmartwień, które Cię nie opuszczają – wyśpij się, idź do niej, pracuj i zacznij szukać nowej posady. Bądź wobec siebie fair. Pozwól sobie poczuć się wypoczętym, nabierz sił i dzięki temu zmień to, co Ci się nie podoba w życiu. To kolejne pozornie bardzo proste zdanie do napisania, ale to często jedyne co możemy zrobić; poszukać alternatyw po gruntownym przemyśleniu tego, co nam nie pasuje. Uwierzmy w swoje możliwości. Ale nigdy tego nie zrobimy, jeśli nie będziemy mieli chwili, aby stanąć, odetchnąć i pomyśleć w spokoju. O sobie i swoim życiu. Polecam.

Cenną rzeczą jest spokojny sen.





fot.: Dazed and Confused

sobota, 8 sierpnia 2015

Przerwa w grze: o czasie, o pracy

Przerwa w grze: o czasie, o pracy 



Kiedy myślę o czasie poświęconym graniu i dziennikarstwie z nim związanym, ogarnia mnie niedowierzanie. To kilkanaście lat mojego życia poświęcone pasji, z którą nigdy się nie rozstawałem, jednak w kontekście tego, co chciałbym osiągnąć wydaje się to dopiero początkiem drogi. Często w moim życiu nie wierzyłem w to, że moje oddanie takiej dziedzinie jak gry zaprocentuje w jakikolwiek sposób. Ale myliłem się, zostałem wprowadzony w błąd przez moje otoczenie, które często nie było przychylne „traceniu” czasu na gry. Moja droga wykształcenia przez to (oraz inne czynniki bardziej związane z losowością życia i lenistwem) podążała zupełnie inną ścieżką niż wtedy, gdyby wierzył, że moje zainteresowania są moją zaletą, a nie wadą. Zaletą, dzięki której będę zarabiał i rozwijał się w dziedzinach stanowiących główny krąg moich zainteresowań.

Miało nie być o grach, ale...
Kiedy zacząłem studiować, żyjąc po raz pierwszy (w miarę) samodzielnie, zetknąłem z się ze złudnym poczuciem, z którym często styka się każdy z nas, że na wszystko jeszcze starczy czasu. Wobec w miarę luźnego planu zajęć nie podejmowałem aktywności, które dałyby mi jakiekolwiek doświadczenie w pracy i nie przejmowałem się tym, czy będę robił coś, co naprawdę sprawia mi przyjemność. Miałem po prostu wrażenie, że na wszystko starczy mi jeszcze czasu. To wyjątkowo perfidne złudzenie, które powoduje rozproszenie pozwalające łatwiej radzić sobie z życiem. Nie podejmujemy działań, na których możemy naprawdę być skoncentrowani, skupiając się na przyjemniejszych, mniej angażujących aspektach życia. W tym stanie nie wiemy jaką wartość może mieć cokolwiek wytworzone własną pracą. Porzucenie tego sposobu postrzegania rzeczywistości nie jest, wbrew temu, co możecie myśleć rzeczą trudną. To może stać się z dnia na dzień, kiedy będziecie mieli okazję stworzyć rzecz, która w jakiś sposób was wyrazi i okaże się, że dzięki temu możecie zarabiać, albo komuś podoba się wasze dzieło. Nawet jeśli jest to na początku symboliczny zarobek, taki który może nie pozwolić przeżyć miesiąca, albo jeśli spodoba się to tylko jednej osobie. Nasza satysfakcja nie bierze się ze skali ocen lub popularności, ale z docenienia przez innego człowieka pracy, w którą włożyliśmy trud i naszą tożsamość. 

... organizacja czasu Finka jest tu idealnym komentarzem.
Spróbujcie podjąć kroki, żeby zrobić coś na czym się znacie: napiszcie o tym, nakręćcie film albo poszukajcie pracy z tym związanej – efekty mogą przekroczyć wasze oczekiwania. A kiedy już świat zacznie powoli doceniać wasze starania, wtedy ścieżka przez życie robi się odrobinę łatwiejsza. Prościej na przykład znaleźć motywację i spoglądać na to, co się wiążę z dalszym podążaniem własną drogą, bo może okazać się, że nasza praca umożliwi nam stworzenie i dokonanie rzeczy, o których nawet nie marzyliśmy. Dla przykładu mogę przywołać postać z troszkę wcześniejszej epoki sieci, jednego z pierwszych użytkowników YouTube zdobywającego własnym nakładem ogromną popularność. Mówię tu o Mattcie Hardingu z serii filmów pod tytułem Where The Hell is Matt, słynącym z bardzo osobliwego sposobu zwiedzania świata i publikowania zapisu ze swojej podróży w postaci klipów, na których tańczy w miejscach ikonicznych dla danego kraju. Matt stał się tak popularny, że po początkowym filmie będącym swego rodzaju kulminacją wielkiej podróży życia autora, wydał kilka kolejnych nadal jeżdżąc po świecie. 

Mało osób jednak wie, że Matt Harding zanim wybrał się na wyprawę, która zmieniła jego życie, był developerem w Pandemic Studios. Tak, Matt pracował przy seriach gier, takich jak Mercenaries czy Battlefront. Jednak w pewnym momencie życia uznał, że to co tworzył dało mu możliwości oraz motywację do zrobienia czegoś więcej. I nie mówię tu bynajmniej o kilku filmach, wciąż imponujących jakością, w porównaniu do większości treści obecnych na YouTubie, ale jego własnym doświadczeniu jakim była ta niesamowita podróż. Podróż, która odmieniła jego życie. Więcej o Mattcie możecie przeczytać na jego stronie, a w nagrodę za uwagę podlinkuję tu jego ładny film. Dziękuje za czytanie felietonów, na które kiedyś uważałem, że zawsze jeszcze będę miał czas.  



 

Obserwatorzy