Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwawgrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwawgrze. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Kiedy kończymy gry



Siadając do gry, nie zawsze wiemy, czy zostaniemy z nią na tyle długo, żeby zobaczyć końcowe napisy. Oczywiście, przynajmniej w moim wypadku, są tytuły, co do których mam pewność, że zamierzam je skończyć i zazwyczaj tak się dzieje, ale nie zawsze. To artykuł o tym, kiedy kończymy gry, który został zainspirowany coroczną listą ogranych tytułów, publikowaną przez jednego z redaktorów Kotaku, a możecie przeczytać ją tu, ja tylko spróbuję podjąć temat nieco bardziej ponadczasowo. 

Będąc trochę młodszym graczem, często musiałem liczyć się z dość ograniczonymi środkami na gry. Mogłem sobie pozwolić na parę tytułów miesięcznie, z wymianami włącznie, więc zawsze musiałem dobrze planować swoje decyzje. Prawie od zawsze grając na konsolach, ograniczona dostępność tytułów na naszym rynku też była czymś, co musiałem brać pod uwagę. W związku z tym gra dla mnie przedstawiała zupełnie inną wartość niż teraz, kiedy mamy większość tytułów na wyciągnięcie ręki, co miesiąc dostajemy darmowe pozycje wliczone w abonamenty lub bierzemy udział w wyprzedażach na Steamie. To czasy, w których granie przestało być niszą i stało się pełnoprawnym elementem popkultury, a my, dzięki temu mamy dostęp do dużo szerszej gamy gier. Ile z nich kończymy? Większość z nas – niewiele. Jeśli zagramy w kilkadziesiąt gier rocznie, dojść do napisów końcowych (biorąc pod uwagę, że grę da się skończyć) możemy maksymalnie w kilkunastu tytułach. Oczywiście, osoby, które zajmują się profesjonalnie recenzowanie mogą skończyć od 20 do nawet 50 gier, jednak znaczna część graczy nie osiągnie takiego wyniku. 

Od czego zależy czy skończymy grę? Cóż, chciałoby się napisać, że od nas samych, kończąc tym samym tekst kiepskim żartem, ale wydaje mi się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Każda grająca osoba, wie, że robi to z przyczyn określonych gustów – po prostu lubi pewne rodzaje rozgrywki lub chce poznać do końca fabułę gry. 

W moim wypadku, zawsze były tytuły, co do których miałem pewność, że je skończę, w momencie podniesienia pudełka po raz pierwszy. Tak było w przypadku zdecydowanej większości serii The Legend of Zelda. Grając w Zeldę, wiedziałem, że trudno znaleźć gry tak bardzo dopracowane i dopieszczone przez twórców jak ta. Każda premiera kolejnej części cyklu, była zazwyczaj wielkim wydarzeniem, na które fani czekali od lat. Po zobaczeniu pierwszy raz na oczy Ocarina of Time wiedziałem, że skończę tą grę, podobnie z Wind Wakerem i Twilight Princess. To tytuły, na które czekałem tak długo, że każdy ich moment musiał być wart oczekiwania. Teraz, podobnie mam z grami z serii Souls, na dodatek mam doskonały przykład z tego roku – Bloodborne. Do najnowszego dzieła From usiadłem wiedząc od pierwszych minut, że je skończę. Nie byłem tego pewien włączając grę, jednak wystarczyło kilka chwil w Yarnham, żeby mnie przekonać do nowego, krwawego wcielenia wizji Miyazaki-sana, aż do napisów końcowych. Do pierwszych Dark Souls podchodziłem przynajmniej dwa, trzy razy odkładając pada po kilku godzinach gry, kiedy za którymś razem zobaczyłem wystarczająco dużo Lordranu, aby przekonać się, że chce zwiedzić cały. To zdecydowanie najlepsze przygody z grami, jakie jestem w stanie opisać: czasem już przed zakupem wiesz, że gra będzie doskonała i zamierzasz ją przejść, a czasem musi cię do tego przekonać, ale w tym drugim wypadku zazwyczaj jeszcze dochodzi oczarowanie światem, który odkrywamy w pełni, dlatego że nas zafascynował.

Pewnych tytułów, jednak, nie kończymy, choć chcielibyśmy. W tym roku, taką grą w moim wypadku był Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Przebrnąłem przez znaczną część opowieści, jednak moment, w którym byliśmy zmuszani do powtarzania poprzednich misji z nowymi, dodatkowymi wyzwaniami, w połączeniu z rozsypującą się po śmierci Skullface’a historią, spowodował, że odłożyłem grę na parę tygodni. I tak już zostało. Nie jest to bynajmniej przypadek, kiedy byłem bardzo zawiedziony tytułem – grało mi się bardzo przyjemnie, tylko w pewnym momencie dopadło mnie znużenie rozgrywką i poczucie braku konkluzji, zamieniające się w szczerą nadzieję, że kiedyś jeszcze do Phantom Paina usiądę.

Są też gry, które żałuję, że skończyłem. W tym roku tak było w przypadku Arkham Knighta, próbującego na samym końcu odstraszyć nawet najbardziej wytrwałych graczy. Pomijam fakt, że gra jest kilkukrotnie krótsza od swoich poprzedników, wykręca się pobocznymi misjami generowanymi na zasadzie: powtórz czynności, przejdź, zapomnij, ale już końcówka linii fabularnej po prostu męczy, używając coraz tańszych sposobów do zabrania graczowi czasu. Kolejny identyczny pojedynek z paroma setkami dronów? Czemu nie. Będąc jednak fanem serii, z tej racji, że wśród poprzedników Arkham Knight znajdują się jedne z najlepszych historii z uniwersum DC, brnąłem dalej. Na samym końcu grałem już tylko i wyłącznie dlatego, żeby nie dać grze satysfakcji odstraszenia mnie. Moja ocena gry, łącznie z całkiem udanym początkiem i kilkoma ciekawymi pomysłami pozostała, w głównej mierze, niezmienna, jednak tytuły, które mają fatalne zakończenia zawsze pozostawiają niesmak. 

Przykład z przeszłości? Assassins Creed III. Końcówka Arkham Knight przy tej grze to przyjemny spacerek w parku. Po zagraniu w dwie pierwsze części serii tuż po premierach, postanowiłem odstawić AC zanim mnie zmęczy (w jakiś sposób można było przewidzieć plany Ubi, żeby wydawać co rok nowego Asasyna i tonę DLC wyciętego z podstawy gry). Trzecia część gry zapowiadała się wyjątkowo świeżo, na dodatek na zachętę Ubi postanowiło przesiąść się na nieco nowszą wersję silnika gry, w związku z czym cykl miał się nieco rozwinąć i odświeżyć. Nic bardziej mylnego, tylko inaczej niż w przypadku Arkham Knight, w Assassins Creed III już od początku można było podejrzewać, że coś pójdzie nie tak. Ogromnie wydłużona początkowa sekcja gry, męcząca wielogodzinnymi tutorialami, począwszy od zabawy w chowanego, przez wspinanie się po drzewach i polowanie pokazywała, że twórcy nie mają pomysłu, jak pokazać Nowy Świat. 

Nie zrozumcie mnie źle – doceniam wszystko, co do gry starali się upchnąć, jednak znakomita większość z tego po prostu nie działała. Weźmy na przykład możliwość przemieszczania się konno: nowe otoczenie było zupełnie do tego nieprzystosowane, bo twórcy chcieli wprowadzić metody przemieszczania się angażujące gęstą roślinność i drzewa, ale nie chcieli też rezygnować z jazdy konnej, w związku z czym oprócz wyznaczonych ścieżek na koniu nie dało się poruszać, bo blokował się co kilka sekund w elementach otoczenia. Pomijam nieciekawe misje, błądzącą fabułę bez jakiejkolwiek konkluzji, ale sama końcówka gry przelała czarę goryczy. Zamiast oczekiwanego zabójstwa, charakterystycznego dla serii, otrzymaliśmy serię pościgów, które były praktycznie niegrywalne. Pomijam błędy i niedoskonałości towarzyszące każdej nowej inkarnacji silnika Anvil, ale już sam level design rzeczonych pościgów mógł doprowadzić do wciekłości niemal każdego gracza. Podobnie jak z Arkham Knight, grałem tylko i wyłącznie po to, aby skończyć i pozwolić sobie na zapomnienie o trzeciej części serii Assassins Creed raz na zawsze. Jedynym plusem z zagrania w tę grę był fakt, że po takim doświadczeniu, Black Flag wydał mi się naprawdę przyjemną niespodzianką.

Mam też kilka tytułów, do których naprawdę chciałbym wrócić i je skończyć, a ze względu na mijający czas, nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda. Niektóre z gier na tej liście, to jedne z najlepszych dzieł w historii elektronicznej rozrywki. Na przykład pierwsza część Metroid Prime. Przeszedłem zdecydowaną większość gry i z powodów, których już nie pamiętam, przerwałem na jakiś czas. Jak można się łatwo domyślić do gry już nie wróciłem, co jest niezmiernie dziwne, biorąc pod uwagę, że skończyłem potem drugą i trzecią część serii. To jeden z tytułów, których wspomnienie przywołuje najbardziej pozytywne doświadczenia z grami, jakie kiedykolwiek miałem okazję przeżyć. Prime był przełomową odsłoną Metroida, stawiając pierwszy raz w historii cyklu na perspektywę z oczu bohaterki, zatrzymując przy tym typowe elementy rozgrywki, jak stopniowa eksploracja świata z użyciem naszego powiększającego się ekwipunku, nacisk na proste zagadki logiczne, czy konkretne sposoby na radzenie sobie z przeciwnikami. Wszystko to zostało podane w doskonałej, ponadczasowej oprawie, w formie gry niemalże idealnej. Zawsze obiecuję sobie, że kiedyś wrócę i spróbuję zacząć przygodę z Metroid Prime jeszcze raz, ale mijają kolejne lata, a ja wciąż nie znajduję na to okazji. Mam nadzieję, że kiedyś się uda, choćby po to, żeby przypomnieć sobie czasy świetności tak kultowych serii gier jak Metroid.

W obliczu tego, że do tej pory nie znalazłem czasu (albo motywacji) do powrotu do Prime’a, zastanawiam się co z grami, do których wracałem wielokrotnie. Ponadczasowe tytuły, prawie zawsze sprawiające taką samą przyjemność, jak wtedy, kiedy siadałem do nich po raz pierwszy w życiu. Metal Gear Solid 3 to jeden z pierwszych przykładów z brzegu. Za każdym razem kiedy gram w MGS3, pamiętam pod jakim wrażeniem byłem i grając, zawsze jestem w stanie sobie dokładnie przypomnieć jak bardzo imponowała mi ta gra, zarówno wykonaniem, rozgrywką, jak i jedną z najlepszych historii opowiedzianych w serii autorstwa Hideo Kojimy. Choć to liniowa gra, podobnie jak w przypadku Bioshocka, niezależnie od miejsca, w którym zaczynam grać, przypominam sobie wszystko, co najlepsze i związane z tymi grami. Jeśli chodzi o gry z otwartymi światami, znacznie łatwiej jest je kończyć, a potem do nich wracać, o ile przedstawione otoczenie zrobiło na nas wrażenie. 

Najlepszym dowodem na to powinno być Red Dead Redemption. Recenzja tej gry to jeden z pierwszych tekstów na tym blogu (już prawie sześcioletni). Patrząc wstecz, to też jeden z tytułów, które najbardziej chciałem zrecenzować w życiu i do dziś uważam za słuszne każde napisane w niej słowo. Kiedy mam okazję teraz zagrać w Red Dead, dokładnie pamiętam dlaczego ta gra mnie tak ujęła. Obraz Dzikiego Zachodu według Rockstar zawsze robi na mnie takie samo wrażenie i napawa przekonaniem, że nawet w nieco nowszych grach 3D, przy połączeniu doskonałej dyrekcji artystycznej oraz technologii da się zrobić grę ponadczasową. Do tej pory nie powstał lepszy western, zarówno jeśli chodzi o oprawę, jak i opowiedzianą w niej historię. I jest to tytuł, do którego wracam bardzo często i wiem, że nadal będę wracał. 

Jeśli chodzi o kończenie i wracanie do gier, pozostała mi cała kwestia dodatków oraz tego, jak twórcy próbują często przedłużyć nam rozgrywkę za pomocą DLC, jednak to pozwolę zostawić sobie do artykułu o tym, kiedy gry się nie kończą. A te, które są bohaterami niniejszego artykułu i czekają na skończenie lub zostały już dawno skończone? Za każdą z nich stoją nasze własne powody dla takiego, a nie innego stanu rzeczy i zazwyczaj dobrze je znamy. 

Okładka pochodzi z Assassins Creed Unity, które w ramach powrotów do gier, próbuję obecnie skończyć.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

O Nowym Roku


Początek stycznia, poniedziałek, wcześnie. Na twarzach ludzi w komunikacji miejskiej maluje się lekkie niedowierzanie - właśnie zaczęli swój kolejny, nowy rok. Ten przełomowy ranek, zdawałoby się, wygląda dokładnie tak samo, jak wszystkie inne, poza tym, że jest minus piętnaście i nie tylko palący mają przejebane na przystankach. 

Ludzie stłoczeni w autobusie są wyraźnie zawiedzeni - w końcu to kolejny rok, kolejna szansa, żeby coś zmienić w swoim życiu - to nie zdarza się codziennie. A jednak, tak samo jak w 365 innych dni stoją poupychani w niczym nie różniącym się od poprzednich autobusie. Zamiast wypiętych piersi osób dumnie realizujących swoje postanowienia, widzimy smutek i nieswoje spojrzenia. Część pasażerów jest jeszcze zbyt zaspana lub chora, żeby myśleć o nadchodzącym tygodniu, jednak są wśród nich nieliczni świadomi tego, jaki dzień się właśnie zaczął.

To pierwszy poniedziałek w roku.

I każdy, po cichu, w duchu liczył na to, że nie nadejdzie. Widzicie, świętowanie Sylwestra, robienie noworocznych postanowień - to tylko i wyłącznie symbole. Nowy rok nie nadchodzi w minutę, nowy kalendarz nie znaczy, że nie powtórzymy błędów przeszłości, a największa zmiana jaka zachodzi w tym okresie w naszych życiach to konieczność postawienia 1 zamiast 12 w dacie. Żegnając poprzedni rok, rzadko kiedy rozliczamy się z tych gorszych chwil, wolimy pamiętać tylko te dobre, a w przyszłego Sylwestra obowiązkowo będziemy musieli usiąść i powiedzieć co zmieniliśmy na lepsze.

Tylko, że to tak nie działa. I pierwszy poniedziałek roku to dowód na to, jak dobrze o tym pamiętamy. Im więcej sobie naobiecujemy, im więcej będziemy oczekiwać, tym bardziej srogo się zawiedziemy, kiedy przywita nas kolejny zwykły dzień, na dodatek dość mroźny i ciemny. 

Nasza pogoń za lepszej jakości życiem zaczyna się zawsze w najgorszym możliwym momencie. Pewnie dlatego, że potem już może być tylko lepiej. Z bólem, więc,  podnosimy kurtki, płaszcze i wychodzimy w ciemność zacząć wszystko od nowa.




Uczę moje dni zmiany perspektywy

W tym akapicie chciałem wyjaśnić te wszystkie ponure obrazy z poprzedniego i spróbować wyjaśnić, że nasze życie to taki cykl, w którym wszystko się powtarza, tylko z różną częstotliwością; że nasza codzienność i praca to dużo więcej niż puste obietnice, bo przecież to właśnie my pchamy to życie do przodu dzień za dniem, a nie nasza noworoczna lista życzeń. Ale to już wiemy - po prostu chcemy móc sobie powiedzieć, co zdarzyło się tu i tam w naszym życiu, zastanowić się dlaczego tak było i co zrobić, żeby na przyszłość było lepiej. Tylko nikt nie wie jak to zrobić, więc stoi/siedzi sobie przygnębiony w pierwszym dniu nowego, lepszego roku, lekko spóźniony do pracy - chciałby powiedzieć, że będzie lepiej, ale boi się zapeszyć.

To kwestia perspektywy, tak naprawdę. W zbyt szerokiej gubimy się, jest w niej za dużo niewiadomych, może być trudna do ogarnięcia i przecież nic nie gwarantuje sukcesu, nawet najlepszy plan. W zbyt wąskiej dusimy się, święcie przekonani, że nasze życie nigdy nie wyjdzie ze sztywnych ram tych kilku nadchodzących dni, a praca, odpoczynek, sen to menu, z którego będzie się składać nasze życie do końca. 

Jak poradzić sobie z problemami z perspektywą? Cóż, każdy z nas ma własną, więc nie jest to łatwe. Radzimy sobie jak najlepiej potrafimy i nawet kiedy nic nam nie wychodzi, to nie znaczy, że nigdy nam nie wyjdzie. Bądźmy dumni, że wyszliśmy po raz kolejny do pracy, że ciągniemy to wszystko dalej i na dodatek, że jeszcze w to wierzymy, że w nowym roku będzie lepiej. Czego sobie i wam, oczywiście z odpowiednią dawką sceptycyzmu, życzę. 



Źródło obrazu: https://pinkshamrockphoto.wordpress.com/

poniedziałek, 7 grudnia 2015

W poszukiwaniu sensu



Za każdym razem, gdy siadam do pisania o czymkolwiek oprócz gier, filmów, obrazów, dźwięków - wszystkiego tego, czym nasiąkam od lat, wydaje mi się, że będę pisał o niczym.

Bo co miałbym do przekazania, co wiem o świecie i życiu, żeby komukolwiek cokolwiek o tym napisać? Im dłużej żyję, tym bardziej jestem pewien tego, że niewiele wiem. 

It was all a dream

To tekst o zupełnie hipotetycznej osobie. To przypadkowy człowiek, który równie dobrze mógłby nie istnieć - był tylko kroplą w nieprzebranym oceanie i, jak nikt, miał tego świadomość. Problem polega na tym, że sama świadomość często niczego nie zmienia, a jeśli nie jesteśmy na nią gotowi, zmusi nas do zrobienia czegokolwiek, tylko po to, aby jej zaprzeczyć. Wśród technik, którymi posługuje się psychoanaliza jest narzędzie/proces/etap nazywający się interpretacja - jest to kluczowy moment, w kierunku którego zmierza każda terapia i ma na celu uświadomienie pacjenta, zapewniając wgląd w ujęcie świata, samego siebie oraz innych osób. Nie jest to, jednak, ani ostatni, ani najtrudniejszy etap terapii - to można przypisać przepracowaniu. Przepracowanie ma na celu przyjęcie wniosków z interpretacji, dostrzeżenie ich działania w naszym życiu dotychczas i próbę zastosowania w przyszłości. Ile zajmie, czy nastąpi oraz czy w ogóle będzie miało efekt, zależy tylko i wyłącznie od pacjenta. Oczywiście, jest to ujęcie bardzo ogólnikowe, w dużej mierze zależne od uwarunkowań indywidualnych pacjenta/terapeuty oraz przebiegu procesu. Niemniej, piszę o tym dlatego, żeby pokazać, że istnieją bardzo poważne koncepty, mówiące dokładnie tak: możesz być świadomy wszystkiego, a i tak gówno z tym zrobisz.

W tym pomaga nam wyparcie, zjawisko/termin zaczerpnięte również ze słownika psychoanalityka. Wyparcie to nieświadomy proces, mający za zadanie chronić nas przed szkodliwymi tokami myślowymi - takimi, które mogłyby w nas wywołać niepokój, lęk, złość lub poczucie winy. W najbardziej prostym ujęciu to mechanizm defensywny, stojący na straży naszego zdrowia psychicznego na zasadzie firewallu - blokuje nadmiar myśli i uczuć z nimi związanych, tak żebyśmy nie oszaleli. To główny złodziej naszej świadomości, ponieważ działa niezależnie od nas: zazwyczaj nie wybieramy tego co jest wypierane. 

Przypadkowy człowiek, o którym miał być pierwszy akapit, doświadczał wyparcia jak wszyscy inny, ale łudził się, że wie jak działa, w związku z czym nie wpadnie w jego pułapkę. Nic bardziej mylnego.

The gauntlet

Moglibyśmy przeżyć całe nasze życie w nieświadomości, gdyby tylko świat nam na to pozwolił. Niestety, działanie rzeczywistości wobec nas często uzależnione jest tak, jak działanie komunikacji miejskiej jest uzależnione od tego, czy pan Mietek, kierowca linii 102 przyszedł dziś do pracy, czy nie. Jeśli uciekniemy od całego świata, zasłonimy nasz cały horyzont - absolutnie nie zmieni to tego, jak świat będzie dalej działał. 

Nasz przykład, hipotetyczny jegomość, właśnie tak zrobił. Stwierdził, że skoro świat mu się nie podoba, to on go będzie pierdolił. Nie musi, więc nie pójdzie, nie zrobi - na wszystko ma czas. Z takim podejściem wiązała się podła sytuacja - wyparcie zaczęło szaleć w jego życiu, a on sam zapomniał nawet kim chciał być. Część osób czytających ten tekst ma przed oczami, zapewne, obraz zrujnowanego, samotnego człowieka, siedzącego bez celu w kącie. Nic bardziej mylnego - przypadkowy człowiek miał pełno znajomych, śmiał się znacznie częściej niż sam by chciał, nie był samotny w logicznym tego słowa znaczeniu. W głębi duszy, jednak, nie poznawał już sam siebie, a to miara największej  samotności.

Więc, kiedy jego życie zaczęło przypominać obraz, który nosił w sobie, nie zdziwił się  - uznał, że to naturalna kolej rzeczy, a to nie on idzie do piekła, tylko cały świat dookoła.


Staring at the abyss

Niedługo potem nadszedł dzień, w którym świat poszedł do piekła. Przypadkowy człowiek stał i się przyglądał, tak jak miał zwyczaj to robić od zawsze. Nadal miał nadzieję, że wiedział o wszystkim, o czym powinien wiedzieć, a sytuację konsekwentnie i świadomie przewidział. A potem nadeszło rozczarowanie oraz pustka. Ta pustka, którą czujecie, kiedy zostaniecie oszukani, pojawiająca się, gdy daliście wziąć górę nad sobą oczekiwaniom i nadziejom bez pokrycia - okłamania przez własny umysł. To zdarza się każdemu, właśnie tak działamy - nie możemy nic na to poradzić, ale możemy z tym walczyć starając się rozumieć lepiej, bardziej obiektywnie, nie przywiązując się. Ale nasze możliwości w tych kierunkach są ograniczone przez nasz własny mózg, tak, abyśmy nie zwariowali. Czy to znaczy, że życie nas przerasta, a my widzimy jedynie część obrazu i według niej staramy się układać nasz światopogląd?

Największy problem w samodzielnej interpretacji otaczającego świata to zła perspektywa - patrzymy na wszystko dookoła z naszej perspektywy, która może być bardzo ograniczona. Na dodatek, kiedy odkryjemy to ograniczenie, może się okazać, że będziemy dalej kopać, próbując znaleźć wszystkie nieścisłości. A to doprowadzi nas do szaleństwa.

The way of life

Pomimo, że nasz hipotetyczny bohater, spędził dużą część swojego otoczony szaleństwem, wiedział, że nie da rady przemyśleć wszystkiego, więc postanowił wrócić do źródeł.

Istnieje w kulturze/popkulturze taki koncept, jak prawo przyciągania. Jest to absolutne zaprzeczenie wszelkich podstaw ujęcia psychodynamicznego i mówi o tym, że jeśli czegoś bardzo pragniemy to dostaniemy to od wszechświata. Zasada, która steruje prawem przyciągania może być rozumiana na różne sposoby: jedni zakładają, że wizualizacja naszych pragnień dostraja rzeczywistość dookoła, tak aby otaczało nas to co chcemy, a jeszcze inni twierdzą, że podświadomie dążymy do tego, czego potrzebujemy, powoli realizując nasze cele. Widzicie podobieństwo do wyparcia? To prawie identyczny mechanizm, jedynie działający na zasadzie sprawczej, podobnie jednak eliminujący element świadomości.

Prawo przyciągania jest jednym z głównych tematów książki samopomocowej Sekret, która nie ma dobrej opinii wśród specjalistów, będąc kolejną pozycję na nieskończenie długiej półce podpisanej "co przeczytać, aby zmienić swoje życie". Podstawą do powstania sekretu była inna książka, już o nieco bardziej bezpośrednim tytule - Science of Getting Rich z 1910. Ta pozycja opisuje bardzo podobny mechanizm do prawa przyciągania i opiera się o doświadczenia autora z terapią, która pomogła mu przezwyciężyć objawy psychosomatyczne jego zaburzeń oraz sprawiła, że zaczął się zastanawiać czy jeśli może uzdrowić sam siebie zmieniając swoje myślenie, to czy może również uzdrowić rzeczywistość go otaczającą. 

Jesteśmy codziennie wystawiani na miliony informacji, konceptów, prawd i zasad, mających za zadanie przybliżyć nas do sprawniejszego radzenia sobie z życiem. Które z nich są słuszne, co decyduje o tym, które z nich dotyczą nas? My sami. Do podobnego wniosku doszedł przypadkowy człowiek. Jeśli jego życie do tej pory opierało się na odrzucaniu wszystkiego i wszystkich, nie mógł dziwić się efektom takiej postawy. Zamiast tego postanowił wrócić do punktu wyjścia, momentu w którym jego zdaniem wszystko poszło nie tak. Dobrze wiedział, że w tamtej chwili został oszukany przez samego siebie, a wszystko co stało się do tej pory było zasługą jego konsekwentnego działania. To co wyparł, wróciło, ale tym razem bez żadnego kontekstu. Kiedy wyjmiemy nasze działania i postawy z ram, w których miały miejsce, często nie znajdujemy w nich żadnego sensu. Dlaczego wówczas tak postąpiliśmy? Czy nieobiektywność, własne ograniczenia oraz lęki zawsze będą stały nam na drodze?

Dziś hipotetyczny człowiek znajduje się znów w punkcie wyjścia, bogatszy jedynie o wiedzę. Nie zbliżył się do szczęścia, spokoju czy choćby zapomnienia nawet o krok, pomimo tego jak bardzo się starał. Nie ma już siły dręczyć się tym co było, ale nie zapomina o tym kim jest i co przeżył. Stara się być jak najlepiej potrafi, patrzy na horyzont i widzi nadciągające burze, ale nie chowa się, bo rozumie, że nawet najgorsza z nich minie. Ma znowu odwagę poprosić o to, czego by chciał od życia. Może nawet ma odwagę się do tego przyznać. Kiedy, w swojej głowie słyszy własne pytanie "Co dalej" nie boi się, tylko się uśmiecha; przecież nikt tego nie wie. 

Źródło obrazu z nagłówka: Matt Austin, strona http://www.mattislearning.com/







"You know, I've never really won anything before. Although back in prep school, the Existentialist Club once named me "Most Likely To Be."


Obserwatorzy